Wycieczka do Rosji

Wycieczka do Rosji

 

Na zaproszenie naszych rosyjskich przyjaciół grupa uczniów naszej zacnej „Budowlanki” gościła w dniach 23.05 – 03.06 br. w partnerskim Dmitrowskim Profesjonalnym Collegu w Dmitrowie w Rosji.

Nasza przygoda zaczęła się w czwartek 23 maja krótko przed północą.

Autokarową „tułaczkę” na wschód rozpoczęliśmy z naszym partnerem z „polskiegobusa”, który zawiózł nas do Warszawy, gdzie czekała nas przeprawa z południowego jej krańca na zachodni.

Już piątek ,a my rozkoszujemy się podróżą, jakżeby inaczej, jedyną linią warszawskiego metra oraz kolejką podmiejską. 

 

Wszystko się udało i na czas stawiliśmy się na dworcu zachodnim.  

Przeurocza stewardesa sprawnie i szybko zabukowała nas na pokładzie żółtego statku spod znaku  Ecoline  i przydzieliła „wygodne” kajuty.

Pięliśmy się w górę mapy dosyć sprawnie i szybko.

Po kolejnych sześciu godzinach zameldowaliśmy się na Litwie w miasteczku Marianpole, gdzie mieliśmy planowaną przesiadkę. Tu czekamy blisko dwie godziny do odjazdu autokaru do Moskwy i... jakie było nasze zdziwienie, że nie ma nas na liście pasażerów, choć mamy ważne bilety na ten kurs. Pomyłka stewardessy, która nam kazała wysiąść na Litwie, była oczywista. Mieliśmy jechać do Rygi na Łotwie i tam się przesiadać. Ostatecznie po naszych naleganiach zabrali nas na doczepkę. Jedziemy dalej. Przebrnęliśmy łatwo granicę Litwy i Łotwy i dalej na wschód.

Jest! Wreszcie upragniona i zarazem wielce tajemnicza granica Unii Europejskiej i wielkiej Rosji a przed nią wielokilometrowe korki TIR-ów i my w żółtym mało wygodnym mobilu. Rosyjscy, surowi pogranicznicy, kazali wszystkim wysiąść i zabrać swoje ciemodany, by przejść osobiście kontrolę graniczną. Był, a jakże, lekki dreszczyk emocji zwłaszcza, gdy przeszliśmy przed oblicze pani celnik, która zmierzywszy nas swoim surowym wzrokiem, nakazywała raz po raz każdemu z osobna przechodzić dalej na rosyjską stronę. Uff. Udało się, choć mnie, jako jedynemu z uwagi na ciągnięcie dwóch dużych walizek zadano pytanie: „ Szto Ty tam masz? „ Odpowiedziałem z rozbrajającą szczerością, że suweniry dla naszych rosyjskich kamratów.  Po chwili usłyszałem od celnika zbawienne: „ idiesz, idiesz dalej”. Sprawnie i szybko wszyscy na powrót władowali cały swój majdan do autokaru. Następnie wymościliśmy sobie swoje jednoosobowe kajuty i w drogę.

Przed nami ostatni etap podróży, czyli 650-cio kilometrowy odcinek po drogach i bezdrożach Rosji prosto do wielkiej Moskwy.

W kalendarzu już „subbota” 25 dzień maja.

Po niespełna 36 godzinach w podróży, a w zasadzie 38 z uwagi na dwugodzinną różnicę czasu między Polską a Rosją, dotarliśmy na dworzec Ryżskij do Moskwy, która powitała nas piękną i słoneczną pogodą.

Czekali na nas uśmiechnięci Jewgienij - wicedyrektor College oraz student Dimitrij. Po kurtuazyjnej wymianie tzw. misiaków zabraliśmy nasze ciężkie toboły i szkolnymi busami podążyliśmy kolejne 60 km do upragnionego celu podróży, czyli do Dmitrova.

Po drodze z okien busa obserwowaliśmy moskiewskie zatłoczone ulice i podziwialiśmy nowoczesne wielkie budowle niczym towery w Singapurze.

Pomimo, że nikt z nas nie czuł nóg i reszty części ciała, to radośnie zareagowaliśmy na metę naszej ekskursji, czyli stąpanie po terenach Dmitrowskiego College.

Na miejscu czekały na nas przeurocze i przesympatyczne o gołębim sercu przewodniczki w osobach Julii – nauczycielki języka angielskiego oraz Nastii – nauczycielki geografii.  

Bez zbędnej zwłoki ulokowaliśmy się w pokojach w szkolnym internacie. Zjedliśmy tutejszy obiad i po chwili relaksu pod kojącym letnim prysznicem udaliśmy się na spacer zwiedzić najbliższą okolicę i zapoznać się z historią miasta. Wieczór zapowiadał się wyjątkowy, bo czekało nas święto futbolu czyli finał Champions Legue pomiędzy polską Borussią Dortmund ( Piszczek, Błaszczykowski i Lewandowski) a Bayernem Monachium.    

Na ten mecz wybraliśmy się w silnej grupie piłkarskich entuzjastów w osobach Ewy, Sajmona oraz dwóch muszkieterów ( mr. R. i mr. B.) do pubu, w którym zgromadzeni rosyjscy piłkarscy fani w większości sercem byli tak jak i my za BVB. Łatwo znaleźliśmy z nimi wspólny język…

Miało być pięknie, ale niestety…w samej końcówce meczu Arjen Roben uciszył nasz euforyczny nastrój zdobywając zwycięską bramkę na 2 -1 dla Bayernu.

Wracaliśmy do pokojów w niezbyt radosnej atmosferze.

Na zegarku już 2.00 w nocy a w Collegu młodzież pochłonięta zabawami integracyjnymi. Dla poprawy nastroju dołączyliśmy też do nich. W Polsce to dopiero 24.00 więc luzik.

Po kolejnej godzince sen zmógł już bez wyjątku wszystkich wszak to już od paru godzin „waskresenje”, czyli niedziela.

To była bardzo krótka noc.

Trzeba wstać. Śniadanie o 9.00. Suchy prowiant do toreb i w drogę do Sergijew Pasadu, czyli prawosławnego centrum pielgrzymkowego Rosji, gdzie znajduje się sobór Trójcy Świętej, w którym przechowywane są relikwie świętego Siergieja założyciela miasta w XIV wieku. W miejscu kultu znajduje się również sławna fontanna ze środka, której tryska źródełko. Ludzie wierzą w to, że jeżeli obmyją się wodą ze źródełka, będą wiecznie piękni, a jeżeli ją wypiją – to będą wiecznie zdrowi.

Następnie udaliśmy się na rynek, gdzie odbywał się jarmark z okazji święta Matrioszki. Nie zabrakło tam również imprez towarzyszących w postaci występów wokalnych i tanecznych, które odbywały się na scenie amfiteatru.

Następnie pojechaliśmy do Abramcewa, XIX wiecznego ośrodka rosyjskiego życia artystycznego. Tam podziwialiśmy skansen, w którym onegdaj mieścił się ośrodek spotkań artystów, gdzie ówcześni malarze i pisarze szukali natchnienia. Weszliśmy do wielu starych chat, w których znajdowały się dzieła artystów.

Jednak komary, których była niezliczona ilość zaatakowały nas bez żadnego ostrzeżenia i musieliśmy w popłochu stamtąd uciekać.

Po powrocie do Dmitrowa udaliśmy się do pokoi. Później kolacja a po niej wyjście na Liedowyj  Dworiec czyli miejscowy kompleks lodowisk. Towarzyszył nam Jurij – nauczyciel w-fu wraz z dwoma studentami Dimą i Sergiejem. Śmiechu i zabawy nie było końca, nawet Artur, który, na co dzień jest zwolniony z w-fu, śmigał po śliskim lodzie niczym stary łyżwiarski wyga. Na dowód są sweet focie. Wszyscy świetnie się bawiliśmy, pomimo, że lód jakiś taki twardy a bandy bez amortyzatorów. Po powrocie wszyscy bez wyjątków licytowali się, kto ma więcej siniaków.

Kto wygrał niech pozostanie tajemnicą…

To był wspaniały i pełen wrażeń dzień.

Już „ponjedjelnik”, czyli poniedziałek 27 maj a spać się nie chce.

Rano po śniadaniu odbyło się spotkanie z Dyrekcją Dmitrovskiego Profesjonalnego Collegu w osobach p. Barinowa oraz Jewgienija i Galiny. Po krótkich oficjalnych mowach o wzajemnych przyjacielskich relacjach pomiędzy naszymi szkołami udaliśmy się na pokazowe lekcje, dziewczyny na historię, a chłopcy na fizykę. Podobno fizyka była bardzo interesująca, natomiast na historii oglądaliśmy film o Dmitrovie.

Wróciliśmy na obiad a po nim kolejna wycieczka. Pojechaliśmy nad jezioro, z którym związana była legenda dotycząca błękitnego kamienia, który miał przynosić szczęście tamtejszym ludziom. Kolejnym wierzeniem ludowym, którego również doświadczyliśmy było wiązanie na drzewach kolorowych wstążek, których kolejne kolory symbolizowały np.: szczęście, zdrowie, miłość itp.

Następnie pojechaliśmy na tradycyjne rosyjskie wesele. To znaczy, było to przedstawienie, które dotyczyło ukazania tradycji i obrzędów na rosyjskich weselach. Poza weselem kolejnymi atrakcjami dla nas była możliwość spróbowania twórczości ludowej w postaci malowania własnoręcznie wykonanych solniczek w kształcie grzybków, również mogliśmy usiąść na tronie marzeń oraz wejść jak najgłębiej do beczki, co według wierzeń ludowych symbolizowało miarę szczęścia.

Wróciliśmy na kolacje ok. godziny 21.00. Potem ciąg dalszy rozmów w toku i oddanie się ulubionej grze w tzw. mafię.

Już na zegarku 24.00 a tu na niebie dopiero słonko się chowa. Dziwna rzeczywistość. Rosja…

W kalendarzu budzi się „wtornik” i tradycyjnie o 9.00 śniadanko, a po nim kolejna ekskursja, tym razem do Klinu, miasta, w którym w XIV wieku żył Iwan Groźny. Zwiedziliśmy jego dawną rezydencję i słuchaliśmy pełnych grozy opowieści o ówczesnych czasach. Następnie pojechaliśmy do domu rosyjskiej rodziny, gdzie również dowiedzieliśmy się wiele o tradycjach ówczesnych Rosjan.

Późnym popołudniem pojechaliśmy na obiad do pięknej restauracji. Dostaliśmy tam wielkie porcje jedzenia, których w większości nie byliśmy w stanie zjeść poza naszymi „rukowaditjelami”, którzy bez problemu wchłonęli podane rarytasy.

Wieczorem wróciliśmy do Dmitrova i po kolacji poszliśmy na basen z naszymi rosyjskimi przyjaciółmi. To był strzał w dziesiątkę. Przestrzeń wodna z ciepłą wodą, bicze, sauna, piękne dziewczyny, przystojni mężczyźni, istny raj dla ciała. Po powrocie do swoich komnat i po krótkiej krzątaninie udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Zasnęliśmy jak niemowlaki.

„Srieda”, 29 dzień maja i wyjątkowo śniadanie dla nas świcie, bo o 8.00 i całodniowa długo wyczekiwana wycieczka do Moskwy. By uniknąć wszechobecnych drogowych korków udaliśmy się w półtoragodzinną podróż pociągiem. Po dotarciu na obrzeża Moskwy przesiedliśmy się na metro, którym dojechaliśmy do samego centrum, prawie pod sam Kreml.  Po drodze przywitał nas budynek moskiewskiej biblioteki z posągiem Fiodora Dostojewskiego. Następnie udaliśmy się pod mury Kremla, gdzie widzieliśmy zmianę warty przy grobie nieznanego żołnierza. Następnie udaliśmy się na Krasnyj Płościad, czyli słynny Plac Czerwony. Tam mieści się to słynne mauzoleum Włodzimierza Ilicza Lenina. Mieliśmy to szczęście, że kilka dni wcześniej otwarto je po dłuższej przerwie na prace konserwatorskie. Po oddaniu do depozytu wszelkich możliwych rzeczy osobistych w postaci aparatów foto, telefonów komórkowych i innych możliwych przekaźników i nośników w atmosferze powagi poszliśmy zobaczyć wiecznie żywego towarzysza Lenina. Robi wrażenie to miejsce kultu Rosjan.

Później odwiedziliśmy największą i najdroższą galerie handlową w Rosji, w której zjedliśmy wypasiony obiad. Następnie udaliśmy się na Kreml, gdzie mieści się siedziba rosyjskich władz państwowych na czele z prezydentem Putinem, którego niestety mimo umówionej wizyty nie zastaliśmy. Pozostało nam zwiedzić znajdujące się tam cerkwie oraz nieopodal stojący 200-stu tonowy dzwon z małym odłamkiem ważącym bagatela 14 ton. Ogrom tego dzieła przerósł samych Rosjan, gdyż nie potrafili znaleźć miejsca, gdzie dzwon ów mógłby zawisnąć. Zabytek ten był, jest i będzie niemy na zawsze. Wszak to Rosja. W planie mieliśmy również zwiedzić słynną na cały Świat Galerię Trietiakowską, lecz w tym dniu wcześniej ją zamykali i z podziwiania zgromadzonych tam bezcennych eksponatów tzw. nici.

Ostatnim punktem moskiewskiej ekskursji było zwiedzanie największej rosyjskiej Cerkwi Chrystusa Zbawiciela. Ogrom tej budowli niech oddaje fakt, że jednorazowo może ona pomieścić około 20 tysięcy wiernych.

Byliśmy, zobaczyliśmy, dotknęliśmy i pomodliliśmy się również.   

Powoli wracaliśmy w stronę Dmitrowa. Dotarliśmy do stacji metra i dostaliśmy istotny komunikat, że właśnie są godziny popołudniowego szczytu i może być tłoczno. Przekonaliśmy się na własne oczy, że nie było tylko tłoczno, lecz, niczym w mrowisku na wiosnę, do potęgi tłoczno. Mieliśmy tam małą przygodę. Doświadczyliśmy, że w rosyjskim metrze drzwi zamykają się i pojazd rusza bez względu na to, czy ludzie wsiedli, czy też nie. Połowa naszej grupy wsiadła a druga oblana bladym strachem pozostała na peronie. Plusem zaś jest częstotliwość kursowania pociągów, bo wystarczy policzyć tylko do 100 i jest następny. Po kilku chwilach zabłąkane owieczki dołączyły do stada. 

Nie ukrywam, że po długiej wyprawie do i jeszcze dłuższej przeprawie przez Moskwę w pociągu do Dmitrowa wszyscy z dwoma wyjątkami spali jak niewiniątka. Nasi dwaj muszkieterzy nie próżnowali i z poznanymi, wyjątkowej urody Rosjankami, zgłębiali tajemnice rosyjskiego języka...

Tak to był wyjątkowo wyczerpujący dzień …

Na zabawy integracyjne już nie było sił. Siusiu, paciorek i sen sprawiedliwego to pełnia szczęścia.    

Już puka „cietwierg”.

Po śniadaniu czekaly nas sportowe igry takie jak: biegi sztafetowe, siatkówka, pilka nożna i specjalnie dla dziewcząt rzut piłeczką palantową lewą ręką. Biegi nieznacznie przegralismy natomiast mecz w piłkę nożną zakończył się dla nas zwycięstwem 3-2. Polska drużyna grała w składzie ( Mr.Dudziak, Mr. Konieczny, Sajmon, Patuś i Karola) .

Po rozgrywkach i obiedzie zabrali nas do dawnego kołchozu a teraz do spółdzielni produkcyjnej, która zaopatruje szkoły, restauracje i zakładowe stołówki okręgu moskiewskiego w warzywa i mleko. Widzieliśmy tysiące hektarów pól uprawnych, na których to wszystko rośnie.

Wieczorem poszliśmy do miejskiego domu kultury, gdzie czekali na nas muzykanci i tancerze z zespołu Zadorinka, którzy zaprezentowali dla nas kawałek swojej twórczości związanej z kultywowaniem rosyjskich tradycji ludowych. Na koniec wszyscy razem uczestniczyliśmy w weselnej zabawie tanecznej, która była ukoronowaniem występu tych małych i dużych artystów.  

Piatnica a więc ostatni dzień maja.

Rano po śniadaniu udaliśmy się do tamtejszego  Urzędu do spraw młodzieży, gdzie spotkaliśmy się z kierownictwem tego wydziału. Wspólnie wymieniliśmy swoje poglądy dotyczące młodych ludzi.   Po powrocie do College udaliśmy się na podsumowujące spotkanie z panem dyrektorem Barinowem oraz innymi nauczycielami, którzy poświęcali nam swój czas. Wręczyliśmy sobie nawzajem okazałe torby z suwenirami.

Po obiedzie ponownie nasza reprezentacja w składzie ( Marta, Ola, Patryk i Artur oraz mr. Konieczny ) wzięła udział w drugiej turze sportowych zmagań. Rywalizowaliśmy w następujących konkurencjach: przeciąganie liny oraz wspinaczkowy tor przeszkód. Po zawodach otrzymaliśmy puchar i pamiątkowe dyplomy.

Ukoronowaniem dnia było wyjście na basen i związana z tym odnowa biologiczna.

Subbota to taki dziwny dzień; wesoły bo dzień dziecka i smutny bo dzień wyjazdu.

Po śniadaniu szybkie pakowanie i spacer po Dmitrowie. Czas ostatnich zakupów i innych suwenirów dla najbliższych, więc wszyscy rozeszli się po dmitrovskich agorach, kawiarenkach i kramikach z pamiatkami...

Po obiedzie czas pożegnań i wyjazdu. 

Już 20.00. Moskwa. Przed nami radosny czas powrotu do Ojczyzny.

 

To była wspaniała wyprawa, bardzo męcząca, ale wspaniała! Dziękujemy:)

 

 

Autorami relacji z wyprawy na daleki wschód byli

Karolina Dybała oraz Bogdan Dudziak

 

 

 

Warto poświęcić sporo czasu!
jesteśmy wiarygodni - sprawdź certyfikat www.wiarygodna-szkola.pl