Sianiu - Reginald Chęś

Mawiał o sobie Sianiu lub po prostu Michał. Urzędowo: „Ja, dyrektor, tobie to mówię" . Dla nas uczniów był wyłącznie Sianiem. Dyrektorem był całą gębą, dosłownie i w przenośni. Twarz miał okrągłą, skorą w każdej chwili do śmiechu, z uszami pod Rema, aczkolwiek o połowę mniejszej powierzchni. Średniego wzrostu, pan po 50-ce. Brzuch dość pokaźny, nogi z lekka ułańskie, pewnie po ziemi stąpały, nosząc na co dzień każda po około 50 kg. Kochał młodzież jak tylko kochać można było, śmiem twierdzić, że grono pedagogiczne kochał nie mniej. Jeżeli istniał dystans między uczącymi, a jego osobą, to tylko wtedy, gdy podobnego swej tuszy miał przed sobą...

Młodzież lubił mieć w zasięgu ręki, nawet dosłownie, a ta niesforna, niezdyscyplinowana, często na palcach przy Sianiu maszerowała, a to dlatego, że gdyby nie wspięcie się na palcach, to uszy pozostawałyby w dyrektorskich rękach. Mimo stosowania takich "tortur" był bardzo lubiany. Wiem to po sobie, może nawet szczególnie lubiany był przez tę "kłopotliwą" młodzież, gdyż strofując ją czynił to z wielkim aktorstwem, dowcipem i dobrodusznością. Uwielbiał apele poranne, szalał wprost na nich, można było odnieść wrażenie, że czuł się na nich jak Napoleon przed odprawą bitewną. Rugał, gromił, chwalił i nagradzał. Miał nas wszystkich w zasięgu wzroku, czuł się autentycznym naszym dowódcą. Do ustawionych w podkowę na podwórzu szkolnym codziennie wygłaszał swoje ekspoze, wysłuchując składanych przedtem raportów. Przyznać należy, iż miał do kogo mówić. Młodzież drzwiami i oknami waliła wtedy do Budowlanki. Sam byłem uczniem klasy "P', a po nas były przecież klasy "g", "h", a nawet "k"; razem klas 8 x 5, tj. 32 średnio po 35 uczniów każda. Liczbowo pułk doborowego wojska, młodego, urodziwego, że wspomnę o koleżankach Sosince i Jaskółce, które solistkami w "Śląsku" zostały. Sianiu kochał sport. Wszystkie sekcje działały prężnie pod okiem mgr Adama Sagańskiego /Sagana/. Istniała wtedy bardzo silna sekcja bokserska "ZRYW" Bytom. W niedzielę ring na środku auli zwiastował, iż odbędzie się mecz, walki pokazowe lub turniej, a zawsze jednym z najgłośniejszych kibiców był Sianiu. Wiosną, podczas odprawy przed biegami narodowymi lub wiosennymi rajdami kolarskimi, Sianiu osobiście zbierał nas w auli na odprawie, dawał rady, obiecywał, a wszystko w nienagannym akcencie lwowskim ubarwiał dowcipem, który autentycznie wywoływał burzę śmiechu na sali. Można sobie dziś, przy odrobinie fantazji, wyobrazić, jak jego powitanie "Kochani kolarze"...; brzmiało "Kuchani kulijarze"... - wywołując w sali salwę śmiechu. W roku 1956 podczas srogiej zimy podjęliśmy decyzję /byłem wówczas starostą klasyl pójść na wagary. Za oknem - 27°c. Nie odpowiadało nam siedzenie w murach szkolnych. Decyzja zapadła, więc dyla. Część z nas nie opuściła jednak murów budy i przeniosła się do internatu męskiego, który znajdował się w miejscu obecnego internatu żeńskiego, dyrektorski zaś gabinet był dokładnie nad tym internatem. Nam, wagarowiczom, wydawało się, że cicho i spokojnie zagrywamy w remika, a w rzeczywistości gwar i dym z papierosów w pokoju spowodował, że dyrektor przypuszczał zapewne, iż pożar wybuchł w internacie. Po cichu, lecz podłoga skrzypiała /100 kg żywej wagi/, Sianiu podkradał się pod drzwi. Chce wejść, my zaryglowani, więc krzyczy: "Ty synu ja cjebje po dymje poznam". Jedyny ratunek ucieczka przez okno. Część uciekła na podwórze i przez płot na ulicę, ja zaś z dwoma kolegami zaczekałem za drzewem na boisku szkolnym. Po kwadransie chyłkiem wracamy drzwiami od podwórza. Sianiu, cwany lis, wyczuł nasze zamiary, przyczaił się za drzwiami i czekał. Śnieg skrzypiał mocno pod nogami, więc wziął nas na słuch. Gdy weszliśmy do budynku, on do nas, więc my w nogi. Trzy ostre zakręty Sianiu pokonał niemniej sprawnie od nas, a już na płocie kolegę]. ]. złapał za nogę i krzyczy: "Ej Chęsiu i ten drugi nie ucjekaj, ja cjebje znam sinu". Wróciliśmy zatem w jego objęcia i za uszy zostaliśmy doprowadzeni na dyrektorski dywanik. Słowa Dyrektora były ostre. "To nie pierwszy wasz wybryk, dla przykładu wyrzucam was ze szkoły, marsz do domu". Poszliśmy. Po czterech dniach listonosz przynosi zawiadomienie o niezwłocznym stawieniu się przed obliczem Dyrektora całej trójki powiększonej o skład rodzicielski. Pierwsze słowa Siania brzmią: "Sinu, ta ty na żartach sje nje znasz, marsz do klasy, a tata i mama sjadać". Taki był Sianiu, takim pamiętam go ja i moi rówieśnicy, taki pozostał i pozostanie na zawsze w naszej pamięci. Nasz kochany Dyrektor Michał Czernuszka. Uczeń Siania, były nauczyciel Budowlanki - Reginald Chęś.

 

Warto poświęcić sporo czasu!
jesteśmy wiarygodni - sprawdź certyfikat www.wiarygodna-szkola.pl